środa, 2 sierpnia 2017

O załęskiej alternate history i "Dygocie" Małeckiego, czyli o literaturze i stereotypach

Pewna dziennikarka napisała, że w potraktowałam w „Terapeutce” Śląsk bardzo stereotypowo. Że jak zaniedbane dzieci, trudne rodziny i patologia, to musi być bytomski Bobrek. Chciałabym uderzyć się w pierś, powiedzieć mea maxima culpa, nigdy nie byłam na Bobrku, może tam faktycznie jest inaczej, napisałam tylko na podstawie internetowego researchu i zasłyszanych plotek – przepraszam. Chciałabym, naprawdę, ale nie mogę – bo to prawda. Bo wszystko, co napisałam o Bobrku i Załężu to prawda. I oczywiście, mogłabym potraktować sprawę mniej „stereotypowo”, wybrać sobie rudzki Orzegów, świętochłowickie Lipiny albo Chorzów Batory, ale nie zmienia to faktu, że ta historia do Bobrka pasuje. Jest mi przykro, że ta przestrzeń została tak skrzywdzona, że kolejne zamykane kopalnie, huty i zakłady przemysłowe zostawiły po sobie krajobraz pełen bólu, blizn i niesprawiedliwości, ale milcząc o tym w książce wcale tego nie zmienię.

Niejednokrotnie zabierałam głos, czytając bzdury na temat Załęża. Nie zgadzam się z wieloma twierdzeniami o tym, jaka to niebezpieczna dzielnica. Przez dwadzieścia osiem lat mojego życia ani razu nie zostałam zaczepiona na ulicy, ani razu nie poczułam się zagrożona, nikt mnie nie okradł ani nie pobił. Widziałam za to masę smutnych, niezaopiekowanych dzieci. Widziałam kilkuletnie brzdące, zaciągające się papierosami, nastolatków, którzy nie umieli zbudować zdania bez przekleństw, niemowlaki pod opieką siedmio-, ośmioletnich sióstr i braci. Nie tylko widziałam, ale i z nimi pracowałam: w świetlicy, na ulicy, na wakacyjnych obozach.

Bardzo chciałabym, żeby było inaczej. Chciałabym napisać powieść, w której na Załężu jest więcej knajp niż szmateksów, w której młodzi ludzie wprowadzają się do świeżo wyremontowanych apartamentów w zrewitalizowanych familokach, ceniąc sobie bliskość centrum miasta i jednoczesny spokój przedmieść. Tylko że to musiałaby być uchronia, dzieło z gatunku alternate history, w którym Śląsk mógłby być drugim Zagłębiem Ruhry. Ale nie jest – niezależnie od tego jak intensywnie będziemy zaklinać rzeczywistość. Fakty pozostają faktami.

Kiedy idę do Biedronki po zakupy, zwykle jestem jedyną osobą w kolejce do kasy, która nie kupuje wysokoprocentowych alkoholi, niezależnie od tego czy jest wieczór czy ledwie dziewiąta rano. Ma to jednak swoje plusy – choć raczej takie słodko-gorzkie. W zestawieniu z alkoholem książki i płyty nie są zwykle towarem pierwszej potrzeby na Załężu, stąd niejednokrotnie zdarzało mi się z tego korzystać i oprócz pieczywa przynosiłam do domu także niezłą literaturę z półek opisanych „9.99”. Tak było również ostatnio, kiedy stałam się szczęśliwą posiadaczką „Dygotu” Jakuba Małeckiego.

Pierwszy tekst Małeckiego przeczytałam chyba w antologii „Pożądanie” i było to opowiadanie „Mam na imię Agata”. Opowiadanie krótkie, ale tak sugestywne, że do dzisiaj pamiętam je ze szczegółami, mimo że od lektury minęły ponad cztery lata. Już wtedy przeczuwałam, że to musi skończyć się dobrze dla literatury. Potem wyszedł „Dygot”, któremu moi znajomi nie szczędzili zachwytów i jeszcze lepiej przyjęte „Ślady”, nominowane w tym roku do Nike. Śledziłam to na bieżąco, a jednocześnie jakoś tak się składało, że książki Małeckiego tylko przechodziły przez moje ręce do reflektorowych recenzentów. „Dygot” w załęskiej „Biedronce” był jak ukłucie poczucia winy.

A więc „Dygot” – w drodze nad morze na Nadmorski Plener Czytelniczy i z powrotem, na plaży, w łóżku i na fotelu. Kiedy już zaczęłam, nie mogłam się oderwać, ani wyjść z podziwu, ani zdusić w sobie zazdrości.

Jakub Małecki pisze porażająco pięknie i to zwłaszcza wtedy, kiedy pisze o sprawach trudnych i okrutnych, o samotności, wykluczeniu, porażce. Dłonie mimowolnie zaciskają się czytelnikowi w pięść, gdy czyta o niesprawiedliwości, o tym jak Wiktor-albinos staje się wiejską klątwą, praprzyczyną wszystkich nieszczęść i jak w swej nadzwyczajnej wrażliwości próbuje w zamian za wyzwiska, okaleczenia, pogardę dawać tym ludziom dobro. Nadzwyczajnie portretuje także Małecki wiejskość i małomiasteczkowość – dla mnie, wychowanej na prowincjonalnych co prawda, ale wciąż obrzeżach dużego miasta to jednak zawsze do pewnego stopnia egzotyka. Obcy jest mi wiejski rytm, mentalność, zakres problemów, codzienne wyzwania. Trudno mi się o nich pisze i pewnie się to nie zmieni tak długo, jak długo nie przeprowadzę się na jakiś czas do miejsca ograniczonego do kilkuset mieszkańców. A może i wtedy nie zrozumiem w pełni.

W „Dygocie” Małecki nie operuje wielkimi słowami, prowadzi „zwykłą”, raczej konfesyjną narrację, z której jednak przebija sens ostateczny: to życie jest najważniejsze. Życie wokół, ograniczone do zamkniętej, niewielkiej przestrzeni, do garstki ludzi i kilku powtarzalnych rytuałów codzienności. Historia, przełomowe zdarzenia, osiągnięcia ludzkości – to wszystko majaki, ledwie zauważalne, gdy trzeba obsiać pole, wydoić krowę, zarżnąć świniaka. Albo pożyczyć garnitur do ślubu. Owszem, są wyraźnie zarysowane w tle – okupacja, czasy PRL-u, barwne lata dziewięćdziesiąte, wreszcie współczesność – ale stanowią one tylko pewne okoliczności, do których trzeba się jakoś dostosować, nigdy jednak nie naruszają całego porządku rzeczy. Najważniejsze nieodmiennie wydarza się tu i teraz, w obrębie intymnej relacją z miejscem – tak urodzenia, jak i śmierci. To opowieść o nieuchronności, przeznaczeniu, podporządkowaniu fizjologii, emocjom, ale i namiętności.

To mroczna, okrutna proza, piękna pięknem dzikiego zwierzęcia. Podchodzimy coraz bliżej, chociaż wiemy, że boleśnie nas zadraśnie. A potem po latach spoglądamy na bliznę i z rozrzewnieniem wspominamy tamto spotkanie i wszystkie struny, które w nas poruszyło.

1 komentarz:

  1. wiemy dobrze jak wygląda sytuacja na Załężu, ale proszę nie wrzucaj wszystkich do jednego worka. Nie wszyscy stojąc w kolejce "zwykle" mamy jak to opisujesz alkohol. Trzeba widzieć również zmiany jakie następują ...

    OdpowiedzUsuń