środa, 10 grudnia 2014

Bajka o niegrzecznym dziecku

To dziecko ma siedem lat, właśnie poszło do szkoły. Ale nie jest jak inne siedmiolatki, większą część dzieciństwa zamiast w przedszkolu, spędziło wśród dorosłych.

Jest grzeczne, grzecznością niemal wrodzoną.

Wie, jak należy się zachować w różnych sytuacjach i jak odnosić się do starszych. Wie również jakich słów nie przystoi używać. Jasne, obraca je czasem na języku, wypowiada nawet cichutko, pod nosem, kiedy jest pewne, że nikt nie usłyszy. Rozkoszuje się plaśnięciem pe, kiedy wyrzuca z siebie „dupa” i tym jak szumi wu w słowie „gówno”. Ale nie wykrzykuje ich na szkolnym korytarzu, nie chcąc narazić się na reprymendę.

Jest grzeczne, grzecznością z wyboru.

Aż pewnego razu je też to dosięga. Cztery, wypowiedziane z przyganą słowa, zaklęcia wstydu. Tak. Się. Nie. Mówi. Właśnie tak, z naciskiem na każdy wyraz. Cztery zarzuty, bez szans na obronę.

Tak się nie mówi.

Policzki palą czerwienią, głowa w dół. Nie powie o tym po powrocie do domu. Nie powie, bo będzie się wstydzić przyłapania na czymś niestosownym. To tak jakby opowiedziało rodzicom, że dłubało w nosie i ktoś je upomniał. Przemilczy swoje upokorzenie, ale pozwoli mu wyryć się w pamięci. Już więcej nie powtórzy tych słów, które stały się powodem cudzego rozczarowania. Już wie, że to niewłaściwe.

Minie kilka lat, zanim zrozumie, że ktoś je wtedy skrzywdził. Że się pomyliło. Że zaufało niewłaściwej osobie. Że nie powinno było tego wstydu schować w sobie, tylko go wykrzyczeć z żalem w domu.

Jakie słowo wtedy wybrzmiało?
Jakie zostało złapane w pułapkę niestosowności?
Pewnie któreś z ulubionych, fascynujących brzmieniem: ajnfart, sztrahecle, hasiok, szmaterlok… Nie pamięta. Pamięta wstyd. I za każdym razem, kiedy go sobie przypomina, czuje wściekłość. Bezsilną.

I mruczy pod nosem, uspokajająco: Byda gŏdać, wiela byda chciała. I żŏdyn mie wiyncy niy zgani...

Żŏdyn. 

4 komentarze:

  1. Świetne. Któż z nas, Ślązaków, nie doświadczył czegoś podobnego... Całe szczęście zaczynamy się temu przeciwstawiać. Dziś już można.

    Oglądałem ostatnio serial "České století". Porównano tam komunizm do starej lodówki, w której problemy zamkniętych w niej państw przez dekady były zamrożone. Kiedy komuna padła, zaczęły z lodówki wyłazić niespodzianki. Myślę, że jedną z nich jest właśnie śląskość.

    Któż by się spodziewał, że Ślązacy zaczną się domagać przywrócenia autonomii, uznania własnej mowy za język regionalny, będą masowo deklarować narodowość śląską. A jednak tak się dzieje.

    Śląska tożsamość zaczyna być dla coraz większej ilości ludzi w regionie bardzo ważna. Dla mnie też jest. Dlatego bardzo dziękuję za ten tekst, liczę na kolejne i pozdrawiam serdecznie.

    Piotr Drzyzga

    OdpowiedzUsuń
  2. Zawsze byłam dzieckiem, które dobrze odróżniało formalny, szkolny język polski od domowego śląskiego. Przynajmniej tak mi się wydawało.

    Nigdy nie zapomnę pewnego dnia z wczesnej podstawówki, kiedy pobiegłam po "pomoc" do najbardziej zaufanej osoby w szkole, czyli do "naszej pani". Naprawdę wydawało się że moi koledzy i koleżanki mogą coś sobie zrobić. Dobiegłam, żeby powiedzieć, że "oni się tam kulają" (dzieci rzucały się z górki na szkolne boisko).

    Nauczycielka odpowiedziała, że mówi się "turlają" i kompletnie zignorowała całą sprawę. Od tamtego dnia wolę nie odzywać się wcale, względnie bardzo ostrożnie dobierać słowa. Ot.

    Ola

    OdpowiedzUsuń
  3. Moja rodzina jest z kresów. Mieszkaliśmy w Gliwicach przez całe moje życie. Nie słyszałem tam śląskiej mowy. Po spotkaniu z ludźmi z Rudy Śląskiej czy Bytomia ja i moi znajomi byliśmy w szoku. Ich mowa była dziwna, obca. Śmialiśmy się z niej. Skończyłem w Gliwicach podstawówkę i liceum i nikt mnie nigdy nie nauczył kultury Śląska. Rodzice uczyli mnie w domu o Kresach, ale nigdy o Śląsku. Bali się też Was, Ślązaków, że nas wykopiecie z mieszkań, w których mieszkamy. Wykopali nas już ze Lwowa, nie mieliśmy się gdzie podziać i lęk przed Wami zrodził mnóstwo niechęci do Ślązaków. Teraz, gdy jestem dorosły, uczę się historii Śląska, doceniam, rozumiem. I podoba mi się Twój wpis.
    B.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zawsze byłam dumna z tego ,że "godom" i choć czasem ktoś się z tego śmieje , mnie to nie przeszkadza po pewnym czasie każdy się przyznaje, że on też " troszka godo"... Najgorsze jest to, że rodowici ślązacy nie uczą swoich dzieci naszej pięknej godki, w domu do dzieci się MÓWI żeby nie miały kłopotów w szkole. Kochani nie róbcie tego, dzieci i tak się nauczą poprawnie mówić , a że im się tam czasem wyrwie na lekcji jaki "hasiok" albo "szmaterlok" to przecież nic strasznego się nie stanie, nasza godka to nasz skarb :) Pozdrawiam- Beata.

    OdpowiedzUsuń