czwartek, 9 lutego 2017

Medytacje na środku Atlantyku

Znaleźć się na środku Atlantyku, tak przyjemnie daleko od wszystkich codziennych spraw.

A właściwie: wrócić.
Właśnie tak o tym myślę, bo coś tutaj zostawiłam, kiedy wyjeżdżałam rok temu. I to coś o sobie intensywnie przypomniało, gdy wczoraj wysiadałam na lotnisku.
Spokój. Tak rozległy jak przestrzeń dookoła.
Spokój obmywający wszystko od pierwszej chwili, od pierwszego haustu oceanicznego powietrza, od pierwszego zanurzenia wzroku w soczystej zieleni dookoła.

Wieczór i poranek.
Poczucie, że uczestniczy się w zupełnie innym życiu. Prostszym i wolniejszym. Dobrym życiu o nieskomplikowanym rytmie. Takim, który nigdy nie może się znudzić.

Radość z najbardziej elementarnych czynności jak spacer wzdłuż portu, zakupy o poranku, śniadanie na balkonie z widokiem na miasto, podczas gdy poniżej ludzie bez pośpiechu załatwiają ważne sprawy: pozdrawiają się z uśmiechem, wymieniają najnowsze plotki, otwierają swoje sklepy, wypijają kawę w maleńkich naparstkach zamiast filiżanek.
Radość, gdy w sklepie uda się porozumieć w tym dziwnym szeleszczącym języku, którego kojące dźwięki nigdy nie wznoszą się zbyt wysoko ani nie wybrzmiewają zbyt głośno.  
Radość na widok pełnej dostojeństwa wulkanicznej sylwetki kościoła São Martiz. Jakby jego niewzruszone trwanie tutaj zapewniało bezpieczeństwo wszystkim, którzy znajdą się w jego cieniu. Także mnie, która niespiesznie wędruję wzdłuż jego fasady, mijając wychodzące z porannej mszy kobiety. Unoszą ze sobą ledwie wyczuwalną woń kadzidła i chłodu starych murów.

Jutro do nich dołączę, obiecuję sobie.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz