środa, 1 marca 2017

Pozwól rzece płynąć

Zima dłuży się nieznośnie, jak co roku powodując wewnętrzną wściekłość i niezgodę. Bura monochromatyczność odbiera ochotę na cokolwiek, ale przede wszystkim odbiera nadzieję. Trwam w stagnacji tak samo jak wszystko dookoła.

I naraz pośrodku tego styczniowego marazmu trafia w moje ręce książeczka-medytacja Michała Cichego. Jakaż piękna jest ta zgodność charakteru i postawy z nazwiskiem – nie ma przypadków, są tylko znaki. Czytam łapczywie, haust za haustem, chociaż wiem, że skończy się zbyt szybko – nieco ponad sto stron, jeden zimowy wieczór, jeden kieliszek wina.

Czytam pośrodku „tego naszego listopada trwającego do marca” i nie przestaję go nie znosić, ale otuchy dodaje mi fakt, że ktoś to rozumie, że ktoś to opisał lepiej niż ja bym zdołała.

Ale nie o tym jest ta książka.

Zabieram ze sobą „Pozwól rzece płynąć” (powtarzam ten tytuł nieustannie, jak mantrę, od wielu tygodni), kiedy wyjeżdżam do Portugalii. W sobie zabieram, bo książka już dawno wędruje pocztą do innego miasta, w inne ręce. A frazy Cichego zostają ze mną. Są we mnie, kiedy spaceruję brzegiem oceanu, kiedy zanurzam zęby w delikatnym mięsie ryby, kiedy wspinam się na szczyt dawno już wygasłego wulkanu, kiedy oddycham słonym powietrzem.

Jesteśmy dziećmi szczęściarzy. Naszym ojcem i matką jest szczęśliwy zbieg okoliczności.

Poddajemy się światu, poddając się sobie.  Zgoda ze światem jest zgodą ze sobą.

To, co egzotyczne, zaczyna się za rogiem. Rzeczywistość jest wszędzie.

Zgoda nie oddala nieszczęść, ale otwiera drogę szczęściu.

W ostatnich dniach wracam znów do Máraiego, do jego dzienników i czytam zapiski z 1944 roku. Inny czas, inna rzeczywistość, inna optyka – i tylko refren ten sam.

Chcieć mniej. Uczciwie pracować. Cieszyć się z najprostszych rzeczy.

Tylko z pozoru brzmi to banalnie, ale wywrócone na nice, przemyślane, przetrawione, wpuszczone do krwioobiegu staje się trudnym zadaniem. Może najważniejszym, jakie mam.

Zwłaszcza teraz, kiedy siła wyższa kpi sobie z moich planów, kiedy przyszło nagle najbardziej elementarne podporządkowanie, bo kiedy idzie o zdrowie i życie bliskich wszystko inne naturalnie schodzi na dalszy plan.

Chcieć mniej.
Nie zabiegać, nie konkurować, nie uczestniczyć w wyścigu. Zapomnieć o innych, o ich wymaganiach, oczekiwaniach – dążyć tylko do tego, co naprawdę potrzebne mnie, a nie komuś innemu. Nie snuć wielkich planów, lecz znaleźć to, co przynosi szczęście tu i teraz. Chcieć raczej tego, co niematerialne. Dostrzegać, ile dobrych rzeczy jest wokół. Zatrzymać się.

Uczciwie pracować.
Uczciwie, to znaczy rzetelnie i sumiennie, robiąc dokładnie to, do czego jest się powołanym. Nie rozmieniać się na drobne, ale i nie zapracowywać się w imię przyszłego świętego spokoju. Ważyć wszystko tu i teraz. Pracować, by zaspokajać potrzeby, a nie wynajdować coraz to nowe. Pisać, czytać, pisać. Bez wymówek.

Cieszyć się z najprostszych rzeczy.
Mieć na to czas, by rano w spokoju wypić kawę, by nie zrywać się w nerwowym pośpiechu z łóżka. Umieć zawiesić pracę na czas wspólnego przygotowywania posiłku. Mieć w sobie tę stanowczość, by wieczorem powiedzieć „dość pracy na dziś”. Odpoczywać bez poczucia winy. Więcej, jeszcze więcej rozmawiać. Więcej czytać. Kończyć dzień raczej z kieliszkiem w dłoni niż z telefonem.      

Tylko tyle. Aż tyle. 

1 komentarz:

  1. Świetny tekst, napisany w przystępny sposób :)

    OdpowiedzUsuń