środa, 7 sierpnia 2013

Wyższe, większe, szersze. Berlin na dogrywkę

Berlin nie dał się obłaskawić.

Za każdym razem, kiedy już, już wydawało mi się, że cokolwiek zaczynam rozumieć, że chociaż trochę się przede mną odsłania, zatrzaskiwał się jak nieumiejętnie podważona muszla.

Ale tą niepokornością w pewnym sensie mnie uwiódł.
Chyba ostatecznie przekonałam się w ciągu tych dni, że to nie jest turystyczne miasto. Poza dwoma, trzema miejscami - jak okolice Bramy Brandenburskiej czy Wyspa Muzeów - to przede wszystkim miasto berlińczyków. Miasto bardzo zróżnicowane, odsłaniające swoje kolejne oblicza w tak odmiennych od siebie dzielnicach. Inne na Zachodzie, inne na Wschodzie. A jednocześnie jakoś to wszystko się przenika, nowa i stara architektura, korpowieżowce i domy mieszkalne, zieleń i beton, wykwintne restauracje i budki z kebabami i falafelami.

Nocą szukałyśmy życia tam, gdzie berlińczycy. Na Neukölln, na Kreuzbergu. Cała Oranienstrasse jest w zasadzie niekończącą się knajpą, stoliki ciągną się wzdłuż całej ulicy, po obu stronach, wyrastają na chodnikach. Nawet sklepy, zamknięte o tej porze, mają przed swoimi witrynami ławeczki. Tam osładzałyśmy sobie gorycz ostatniego wieczoru, sycyliskim nero d'avola i największą porcją tiramisu, jaką w życiu zjadłam.

To chyba w ogóle tutejsza prawidłowość. Gdziekolwiek jadłyśmy, porcje były większe niż się spodziewałyśmy. Kiedy w poniedziałek, po tym jak złapała nas burza, przemoknięte schroniłyśmy się w barze, na późną kolację zamawiając obowiązkowy do skosztowania w Berlinie currywurst, stanęły przed nami talerze wręcz ogromne, a pochłonięcie wszystkiego okazało się niemożliwe.

Deszcz w pierwszy dzień, potworna burza drugiego wieczora, zamknięta Stara Galeria, strasznie rozczarowujące Muzeum Pergameńskie - nie wszystko było idealne, czasem Berlin irytował, doprowadzał do rozdrażnienia.

Zwykle personifikuję sobie miasta, ale w tym przypadku sprawdza się to jakoś szczególnie. Berlin wymaga drugiej randki, z pewnością, choć oczekuję jej nie bez obaw.
Ale przecież są i jasne punkty. Przecież preludium burzy był zapierający dech widok z kopuły Reichstagu. Nocne niebo rozciągnięte nad rozświetlonym miastem i błyskawice znienacka przecinające granatową czerń. Przecież wszystko to poprzedziła najbardziej hipsterska kawa świata - w Starbucksie na Placu Paryskim. Przecież wspaniale było siedzieć na wysokich barowych krzesłach w witrynie włoskiej knajpy na Kreuzbergu i obserwować codzienne życie miasta po zmierzchu. Odrobinę bardziej tureckiego, a przez to egzotycznego, w tamtym rejonie.

A wieczorne wino, na trawie, z widokiem na najlepszą architekturę placu Poczdamskiego? To we mnie zostanie, tego będzie mi brakować.
I przestrzeni, bo choć w Berlinie faktycznie wszystko jest jakby większe, wyższe, szersze - to w tej rozległości mieści się dużo wolnej przestrzeni. Place, parki, szerokie deptaki. Wszystko to, co pozwala w mieście oddychać, zamiast się dusić.

I jeszcze Brughel, gdzieś na marginesie. Brughel, którego szukam wszędzie tam, dokąd jadę. W Berlinie, w Gemäldegalerie "Przysłowia niderlandzkie". A jednak przed obrazem ciągle takie tłumy, że nie mogłam się mu spokojnie przyjrzeć, usiąść, zatopić się w myślach. Trochę byłam zła na tych ludzi, że odbierają mi tę małą przyjemność. Ale kawałek dalej wisi jeszcze jeden obraz Brueghla, mniejszy, niepozorny, po którym wzrok turystów raczej jedynie się prześlizguje. To przed nim spędziłam dłuższą chwilę. Mowa o "Dwóch małpach na łańcuchu".

No więc dlaczego widzę to, co widzę? Dlaczego małpy, dlaczego dwie, czemu przykute do kamiennego wykuszu w murze? Dlaczego jedna mi się przygląda, a druga spogląda w drugą stronę, w dal, gdzie na horyzoncie majaczą wypływające z portu statki. Dokąd płyną? Co przywożą? Za czym tęskni małpa? Za czym tęsknię ja, wpatrując się w plamy rozpiętych żagli? Czemu jestem w Berlinie, dlaczego akurat teraz, czego szukam? Z czym wrócę do tej Itaki z poezji Kawafisa? Co chciał tym wszystkim powiedzieć Mistrz Metafory, Brueghel?
Pytania się mnożą, odpowiedzi nie jestem sobie w stanie udzielić żadnych. Nadal ich nie mam, teraz, kiedy siedzę w Tiergarten i wystukuję na klawiaturze te słowa.

Poza Brueghlem zwiedzanie w Gemäldegalerie raczej chaotyczne. Jak zwykle próbuję znaleźć coś dla siebie, resztę ignorując. Na pierwszy plan nieoczekiwanie wypływają portrety - te dawne, Dürera, Holbeina, niderlandzkich malarzy. Portrety, w których mądrość była ważniejsza niż piękno. Właśnie takie są uwieczniane twarze: przenikliwe, refleksyjne, zamyślone. A przy tym prawdziwe, niepozbawione skaz, niedoskonałości, braku proporcji. Twarze, w których zawiera się jakaś prawda o człowieku, o ludziach w ogóle. Później to zniknie, kolejne epoki wygładzą zmarszczki, poprawią kontury, zadbają o harmonię. Pozbawią tym człowieka czegoś bardzo ważnego. Portrety tworzone w XVII-XVIII wieku to najnudniejsze malarstwo świata. Jest w nim blichtr i pustka, piękno i oszustwo - nic więcej.

Ponad to - niewiele. Przyglądam się raczej ludziom niż obrazom. Zastanawiam się, co sprawia, że pielgrzymujemy do galerii, adorując kolejne dzieła sztuki. Bo chyba właśnie tak, przez pryzmat sacrum należy na to patrzeć. A potem z obfitego panteonu bóstw wybieramy te, które nas interesują, czy może raczej częściej - powinny interesować. Pusty rytuał? Utwierdzenie we własnej wrażliwości estetycznej? Nie wiem, nie chcę być surowa.
Marzę raczej o prywatnej adoracji, jeśli mam być szczera. O takiej rzeczywistości, w której galerie niczym biblioteki, pozwalają nie tylko dotknąć tajemnicy, ale zabrać ją ze sobą do domu, na jakiś czas. Sama czasem wieszam nad biurkiem reprodukcje, czasem zwykłe komputerowe wydruki, które - o zgrozo! - niewiele mają oczywiście wspólnego z doskonałością oryginałów. Ale dopiero codzienne spoglądanie, często jedynie przelotne, gdy próbuję uchwycić umykającą myśl, sprawia, że sens zaczyna być mniej zakryty, że dostrzegam coś dla siebie ważnego.

A w Berlinie? W Berlinie wolę przyglądać się ludziom niż obrazom. Chociaż rozumiem jeszcze mniej. Ale może o to właśnie chodzi w tym wszystkim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz