Bernadeta Prandzioch | Dziennik

środa, 6 kwietnia 2022

Zapiski z wojny (II)

Wojna – nawet dla nas, którzy w niej bezpośrednio nie uczestniczymy – oznacza powrót do plemienności. Proste podziały: swój – wróg. Nie ma w niej miejsca na niuanse. Nienawidzimy zbiorowo i zbiorowo się wzruszamy. Zbiorowo ściskamy kciuki albo zaciskamy pięści. Język również szybko się zaostrza. Po drugiej stronie zamiast „Rosjan” natychmiast pojawiają się „Ruscy”, a słowo to po polsku ma jednoznacznie negatywny wydźwięk. W tym jednym, prostym określeniu zamyka się naraz cała pogarda, wściekłość, poczucie krzywdy nagromadzone przez pokolenia. Jakby ktoś otworzył dawno zabliźnioną ranę – taką, o której nawet nie myśleliśmy, że może jeszcze kiedykolwiek zaboleć. 

Wojna zaczęła się wtedy, kiedy przyszli Ruscy, mawiała dziewięćdziesięcioletnia, śląska ciocia mojego taty. Najwięcej szkód wyrządzili Ruscy, mówiła moja wschodnia prababka, choć front przechodził przez jej dom dwa razy – najpierw szli Niemcy – którzy zamknęli jej męża w Auschwitz, z którego nigdy nie wrócił – a potem, w drugą stronę szli Ruscy. Ze Wschodu nigdy nie przyszło nic dobrego, słyszałam tyle razy. I nagle: jak przywrócony do życia tatuaż, te same słowa z powrotem krążą pod powierzchnią skóry. Patrzę na kolejne zdjęcia, filmy strasznych, niewybaczalnych zbrodni i sama nie wiem już czy emocje, które odczuwam są tylko moje czy zawiera się w nich cała genetycznie przechowana pamięć przodków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz