czwartek, 28 lipca 2016

Narysuj sobie spokój. O kolorowankach i mindfulness

Małe, kolorowe stoliki z dopasowanymi do nich niewielkimi krzesełkami. Pochylone nad kartkami główki – jedne płowe, inne zupełnie ciemne. Wysunięte koniuszki języków, które chciałyby pomóc nienadążającym za chęciami dłoniom. Skupienie sięgające zenitu. 


Wszyscy znamy ten obrazek – bo i któż z nas nie należał do grona zapamiętale kolorujących przedszkolaków. Ale z czasem entuzjazm jakby osłabł, a potem – gdzieś w okolicach podstawówki – po prostu okazało się, że kolorować już nie wypada, bo to przecież zajęcie dla maluchów. I wydawało się, że tak już zostanie, kiedy nagle odkryliśmy kolorowanie na nowo. Świat dorosłych, od Ameryki po Azję, ogarnęła nowa moda – moda na kolorowanie. A wraz z nią do świadomości wielu osób po raz pierwszy dotarło tajemnicze słówko: mindfulness.

Lekarstwo na wszystkie troski

Zabiegany i hałaśliwy współczesny świat potrzebuje hamulców. A właściwie to my – dryfujący w nim często bez szans na obranie właściwego kierunku – potrzebujemy solidnej kotwicy. Sposobu na to, by spotkać się ze sobą i zrozumieć, o co nam chodzi. Czego pragniemy, o czym marzymy, jakie mamy cele w życiu. Śnimy o cudownym lekarstwie na brak czasu, na stres, na galopujące myśli. A tymczasem taki medykament istnieje od dawien dawna, od wieków pomaga znaleźć ukojenie i znany jest w wielu kulturach. To właśnie mindfulness.

Trudno znaleźć polski odpowiednik, który wypełniałby całe znaczenie tego słowa. Zwykle termin tłumaczy się jako uważność, ale warto wyjaśnić, o jaką uważność dokładnie chodzi. Koncepcja mindfulness zaczerpnięta została z filozofii Wschodu. Praktyka mindfulness ma dwa aspekty – jej formalnym aspektem jest medytacja, nieformalnym zaś uważność rozumiana jako koncentracja na wykonywanym działaniu przy jednoczesnym dostrzeganiu wszystkich rzeczy wokół. To świadomość samego siebie i sytuacji, w jakiej się znajdujemy.

Pamiętasz jeszcze, jak to jest?

Ale co mają z tym wspólnego kolorowanki? Okazuje się, że wszystko. Całkiem niedawno w Stanach Zjednoczonych ktoś wpadł na to, że kolorowanie może być jednym ze sposobów praktykowania mindfulness. Zapomniana przez nas czynność z dzieciństwa pozwala nauczyć się wprowadzać nasz umysł w stan całkowitej uważności, skupienia się na wszystkich sygnałach płynących z nas samych i otoczenia.

Wyobraź sobie, że masz przed sobą kolorowankę i pudełko kredek. Wyobraź sobie, że bierzesz do ręki jedną z nich i zaczynasz zapełniać wzór. Co widzisz? Czy skupiasz się na tym fragmencie, który właśnie kolorujesz, a może próbujesz zapanować nad całą kompozycją? Co czujesz? Czy jesteś całym sobą oddany czynności, którą wykonujesz, a może twoje myśli wybiegają w przyszłość – myślisz o ukończonym rysunku, który wrzucisz na Instagrama. Może pochłania cię przeszłość – przypominasz sobie kolegę z przedszkola, który ze złości na to, że narysowałeś najpiękniejszą laurkę dla mamy, pogniótł ją i wrzucił do kosza. Czy przez twoje myśli przebijają się jakieś głosy? Szum radia w sąsiednim pokoju? Klaksony na pobliskiej ulicy? Czy gdyby ktoś cię teraz zapytał, wiedziałbyś bez patrzenia, jakiego koloru jest opakowanie twoich kredek?

Brzmi to trochę chaotycznie, nieprawdaż? Nic dziwnego – tacy jesteśmy. Robimy po kilka rzeczy naraz, a myślimy przy tym o czymś zupełnie innym. Przeszłość i przyszłość zaprzątają nas w znacznie większym stopniu niż obecna chwila. Jesteśmy zestresowani, choć trudno nam wskazać konkretne przyczyny tego stanu. Skoro wszyscy pędzą, to my też pędzimy. Gdzie, po co i czy warto – nad tym się nie zastanawiamy.

W ciągłym ruchu

Kiedy więc ktoś kładzie przed nami kartkę i kredki, działamy według utartego scenariusza. Wspominamy, planujemy, wyprzedzamy myślami ruchy dłoni, chcemy wypaść jak najlepiej, jednocześnie jednym okiem zerkamy na Facebooka, a drugim na telewizor. I po kwadransie
jesteśmy znudzeni.

A może by tak jeszcze raz – inaczej? Wyobraź sobie, że masz przed sobą kolorowankę i pudełko kredek. Wyobraź sobie, że bierzesz jedną z nich do ręki i zaczynasz zapełniać wzór. Skupiasz się całkowicie na tym fragmencie, który właśnie kolorujesz. A jednocześnie nie tracisz z oczu całego obrazka, twoje działania nie są chaotyczne – zmierzają w określonym kierunku. Jesteś obecny tu i teraz, nie myślisz o przeszłości, ani nie wybiegasz myślami w przód. Skupiasz się na tym, by odpowiednio przyciskać kredkę do kartki – nie za słabo, by kolor był zdecydowany, ale i nie za mocno, by nie złamać kredki. Czujesz fakturę papieru, zapach drukarskiej farby i twardość drewna w dłoni. Dochodzą do ciebie głosy zza okna i zapachy z kuchni, ale nie skupiasz się na nich. Jesteś świadomy upływającego czasu, świadomy własnych emocji i tego, co się wokół ciebie dzieje – ale skupiasz się na kolorowaniu. Odpoczywasz. Wyciszasz się. Oczyszczasz umysł.

Jeśli uda ci się raz – będziesz chciał przeżyć to znowu. Zmęczony całodzienną gonitwą sięgniesz kolejny raz po kolorowankę i kredki. I poczujesz, jak wszystko odpływa, staje się jakby mniej ważne, jak przestaje tobą władać. A po jakimś czasie okaże się, że wcale nie potrzebujesz do tego kolorowanki. Potrafisz wprowadzić się w taki stan nawet, gdy nie masz pod ręką kartki i ołówka. Zrozumiałeś, czym jest mindfulness. Jedni dochodzą do niego drogą medytacji, inni zaczynają od kolorowanek. Ważny jest efekt. I fakt, że kolorowanie już nigdy więcej nie będzie dla ciebie tylko dziecięcą błahostką.

Tekst ukazał się na łamach Reflektora 2/2016. Cały numer dostępny tutaj: klik!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz