poniedziałek, 18 lipca 2016

Miedzianka

Przecież wiedziałam jak wygląda. Znałam układ budynków, ich fasady. Tyle razy wyobrażałam je sobie podczas lektury książki Springera. Oglądałam później zdjęcia, stare pocztówki – tych przecież nie brakowało. A i tak mnie zaskoczyła.

Najpierw jest znak drogowy: Miedzianka. Potem pusty budynek dawnego browaru – ceglasty, przycupnięty wśród gęstwiny zieleni. Jedziemy dalej. Na prawo niewielka dolina, żółty dom zarządcy browaru, w tle majaczy kilka domów. Rozglądam się i nie wiem, gdzie jestem, nie potrafię odnieść tego, co widzę, do tego, co znam z opowieści i zdjęć.

Miedzianka, kościół św. Jana Chrzciciela
Parkujemy pod kościołem. Dopiero później przypomnę sobie ostrzeżenie Pawła Nowaka, przytoczone w książce Springera, że tutaj ziemia lubi się osuwać. Nam szczęśliwie uda się stąd wyjechać bez problemu.

Kościół. Jego strzelista sylwetka najbardziej nie pasuje do tego miejsca. Jakby nie pozwalała, by akt zapomnienia dokonał się w całości. Drzwi kościoła zamknięte na głucho, więc zaglądamy przez okna. W środku raczej pustawo, po dawnej świetności niewiele pozostało. Ciężko uwierzyć, że co niedzielę odbywają się tutaj msze. Wydaje mi się to naraz szczególnie przygnębiające: msza w zrujnowanym kościele, na zgliszczach cywilizacji. Siedemdziesiąt lat po wojnie, która mogłaby te zniszczenia uzasadniać, ale przecież Miedziankę ominęła. W Kupferbergu nie było wystrzałów, wybuchów, walk. A mimo to miasteczko zniknęło.

Po przeciwległej stronie szosy mały placyk z tablicą informującą, gdzie się znajdujemy. I – jak twierdzi owa tabliczka – jest to środek rynku. Z jego dawnej zabudowy pozostał tylko kościół i gospoda u szczytu drogi, ale o niej za chwilę.

Spodziewałam się innej pustki niż ta, którą zastałam w Miedziance. Spodziewałam się – czy raczej pragnęłam – pustki, która będzie krzyczeć o obecności dawnego. Zaoranych działek, stosów cegieł, resztek płotów. Śladów, które będą przypominać o przeszłości. Chciałam wskrzesić Kupferberg w swojej głowie.

Zamiast tego natrafiłam na pustkę zakłamaną. W miejscu Miedzianki rośnie dziś las, starannie zasadzony w latach siedemdziesiątych. Gdyby nie kościół, można by pomyśleć, że to ludzka fanaberia sprawiła, że kilka domów przytuliło się do lasu – w poszukiwaniu ciszy i spokoju. A przecież tak niedawno tętniło tutaj życie: stały dwa kościoły – jeden katolicki i jeden ewangelicki, do których każdej niedzieli wędrowali wszyscy mieszkańcy, spotykając się później na kawie w sąsiedniej restauracji Ratskellera, której właścicielem był Max Bräuer. W tym niewielkim, acz nadzwyczaj malowniczym miasteczku było wszystko, czego potrzebowali mieszkańcy: rzeźnia, piekarnia, sklep z warzywami, sklep kolonialny, no i oczywiście apteka. Był też zakład fryzjerski Adolfa Friebego pod numerem 103.

Miedzianka, dawny Gasthof zum Schwarzer Adler
No i Gasthof dla strudzonych wędrowców: „zum Schwarzer Adler”. Z piękną salą taneczną i ukrytą na podwórzu stacją Shella – gęsta sieć stacji benzynowych na Górnym i Dolnym Śląsku była odpowiedzią na rosnącą w latach trzydziestych popularność automobili. Budynek wciąż stoi, w dodatku jest zamieszkany. Springer pisał, że obecni mieszkańcy niewiele wiedzą o jego historii. A może raczej nie chcą wiedzieć. Nie zastanawiają się nad tym, ile historii kryje się tym budynku. Nadal można dostrzec ślady dawnej świetności: kontury ogromnych półokrągło wykończonych okien, oryginalne drewniane drzwi ze zdobieniami, częściowo zamurowaną witrynę stylowej niegdyś piekarni i ciastkarni. No i napis, napis starannie pokryty warstwą zaprawy. Zbyt starannie: po kształtach, w jakie się układa, można rozpoznać ukryte pod nim litery.

Stoję tam, nieśmiało zaglądając do wnętrza klatki schodowej, i jedyne, czego chcę, to stamtąd uciec. To nie Kupferberg. To jakiś jego trup, upiorny żart, to nawet nie zgliszcza, to sama kwintesencja zapomnienia. A ja chcę pamiętać. Chcę go pamiętać takim, jakim był za życia. I pamiętam. A do Miedzianki już więcej nie wrócę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz