niedziela, 6 września 2015

Imigrantom pomoże tylko nasz rozsądek

Od dwóch tygodni obserwuję dyskusje, które w związku z falą uchodźców toczą się w Internecie. Najbliżej mnie, na Facebooku, wśród moich znajomych. Obserwuję, bo wciąż mam w głowie więcej pytań niż odpowiedzi. Bo rozum i serce mówią co innego. Bo chęć pomocy miesza się ze strachem. Tak, ze strachem, nie boję się tego przyznać, ale o tym później. Bo chciałabym, żeby pomoc była pomocą mądrą, konstruktywną i przewidującą.

Nikt z nas, kto nie przeżył wojny, nie jest w stanie zrozumieć doświadczeń uciekających z Syrii. Ale jednak wiele rzeczy można sobie w tym kontekście wyobrazić. I wśród tych rzeczy, które sobie wyobrażam, jednego jestem pewna: Gdybym to ja uciekała z kraju ogarniętego wojną, to zatrzymałabym się w pierwszym bezpiecznym miejscu i czekała na decyzje, jakie podejmą w związku z moją wędrówką ci, których proszę o pomoc. Gdybym uciekała przed wojną, śmiercią i zniszczeniem byłoby mi wszystko jedno czy znajdę schronienie w Berlinie, Londynie czy na litewskiej albo węgierskiej prowincji. Byłabym wdzięczna, że ktoś chroni moje życie.

I dlatego chciałabym, żeby ktoś dał tymże uchodźcom właśnie taką, realną propozycję: damy Wam dach nad głową, damy ubrania, żywność i szansę spokojnego życia w dowolnym miejscu. W miejscu, które wylosujecie. W miejscu, które zaproponujemy.

I tym, którzy podniosą wówczas ręce i powiedzą: Zgadzamy się, bierzemy w ciemno – tym pomagajmy bez wahania. Oni potrzebują naszej pomocy.

Dlatego tak ważny wydaje mi się apel papieża Franciszka. Nie zawsze bliskie jest mi to, co mówi, ale tym razem jest mi bliskie szczególnie, choć może z innych przyczyn. Możemy przyjąć 10 tysięcy uchodźców, jak chciałaby Europa, ale przyjmijmy ich właśnie tak, jak zachęca do tego papież: po jednej rodzinie w każdej parafii (gminie, dzielnicy, wsi). Po jednej rodzinie tak, aby każdy, kto zechce, mógł zaangażować się w realną pomoc, aby mógł swemu nowemu syryjskiemu sąsiadowi przynieść to, czego potrzebuje. Abyśmy mieli szansę ze sobą współżyć, aby Syryjczycy, uciekający ze swojej ojczyzny, mieli możliwość zasymilować się w nowym domu.

Nie twórzmy gett, obozów, dzielnic uchodźców. To zawsze wyklucza i to – paradoksalnie – obie strony. To powoduje wzajemną niechęć, wrogość, strach. Nie jest niepoprawnością polityczną, rasizmem ani ksenofobią – wbrew temu, co się wielu osobom wydaje – oczekiwanie, że ci, których przyjmiemy, dostosują się do naszych warunków, obyczajów i zasad współżycia. Kiedy zapraszasz gościa do swojego domu, to on w tym domu nie zaprowadza własnych porządków, nie przestawia Ci mebli, nie zmienia codziennej rutyny, nie wyrzuca żywności z lodówki. Jest Ci wdzięczny, bo przyjmujesz go pod swój dach, bo chcesz dać mu swój czas, swoją przestrzeń, siebie – to, co masz najcenniejsze. 

A wiem, niestety, że czasem o to trudno. I stąd strach. Mówię o tym, bo rozumiem tych, którzy się boją. Rozumiem nie poprzez empatię, a doświadczenie. Kilka lat temu w dzielnicy, w której mieszkam, powstał ośrodek dla uchodźców z Czeczenii. Z dnia na dzień do 10-tysięcznej dzielnicy trafiło 300 osób. Po kilku miesiącach ośrodek zamknięto, ludzi przeniesiono. Projekt zakończył się fiaskiem. Media rozpisywały się na temat nietolerancji mieszkańców, zawiści o to, że uchodźcy mają się lepiej niż oni, zaściankowości i oczywiście rasizmu i ksenofobii. Prawda była inna. Wystarczyło spędzić na Załężu dobę albo dwie przed napisaniem swojego artykułu, by się o tym przekonać.

Trzysta osób nie było w stanie, nie czuło potrzeby, a może zwyczajnie nie chciało się zasymilować. W sumie nie dziwię się, bo po co, skoro ma się wokół siebie braci w wierze, kulturze i języku. Bezsensowne wydaje się uczenie się polskiego, próby rozmów z sąsiadami, wychodzenie do nich. Trzysta osób to na tyle dużo, by móc dalej trzymać się swoich zasad, tradycji, norm społecznych.

A te pozwalają mężczyźnie podnosić rękę na kobietę. Odnosić się do niej bez szacunku. Nosić przy sobie nóż – symbol dorosłości. Wyobraźcie sobie, że widzicie takie rzeczy na co dzień. Że patrzycie jak mężczyźni krzyczą po swoich żonach, jak szarpią je i popychają, jak je policzkują. Że kiedy wracacie wieczorem do domu, a jesteście akurat osiemnastolatką, jaką ja wówczas byłam, to grupki nastolatków z nożami i papierosami w rękach gwiżdżą na wasz widok. Zachodzą wam drogę w trzech, czterech. Pokazują obsceniczne gesty. Chcielibyście tego doświadczyć? Pozwolić Waszym dzieciom to oglądać?

Dzisiaj jestem psychologiem i wiem, że to, co Czeczenii przeżyli we własnej ojczyźnie, odreagowywali na obcym gruncie. Że dzieci nie były agresywne, tylko odtwarzały w zabawach wojenne obrazki, jakie zapamiętały z kraju ogarniętego konfliktem. Wiem też, że wielu ich zachowań nie rozumieliśmy ze względu na różnice kulturowe (jak plucie na chodniki czy noszenie wspomnianych już noży). Ale dlaczego ktoś od nas oczekuje, że zrozumiemy? Że będziemy tolerować? Dlaczego nie ma w tym oczekiwaniu tolerancji wzajemności?

Przecież dzisiaj byłoby dokładnie tak samo. W każdym miejscu, w którym powstałby obóz dla uchodźców. Zgrzyty, wrogość i niezrozumienie. 

Tu nie ma dobrych rozwiązań. I nie będzie. Ale uchodźcy już tutaj są, w Europie. I nie znikną, nie rozmyślą się, nie wrócą do siebie. Potrzebują nas. A naszym zadaniem jest im pomóc, ale jednocześnie nie zniszczyć przy tym starej dobrej Europy.

Jedna rodzina, jedna parafia/gmina/dzielnica. A ci, którzy chcą mieszkać w Berlinie, Londynie i nigdzie indziej, niech wracają do siebie, bo nas okłamują, mówiąc, że ratują życie. Trzeba pomagać, ale nie wbrew prawu, rozsądkowi i usypiając instynkt samozachowawczy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz