czwartek, 5 grudnia 2013

Podglądanie

W autobusie. Wsiadam i z miejsca moją uwagę przykuwa podstarzała kobieta i jej ciało, rozpięte na podwójnym siedzeniu w wyzywającej pozie, której nie powstydziłyby się modelki Schielego. Powracam do niej wzrokiem kompulsywnie, acz oczywiście nie ostentacyjnie, chociaż jednak z pewną niezdrową fascynacją. Matową, jakby pokruszoną twarz, przykrywa gruba warstwa źle nałożonego makijażu. Kolczyki, zamiast zdobić, stanowią wulgarną prowokację. Obwisłe ciało układa się w fałdy, których domyślam się pod workowatą kurtką. Gdyby jej ciemna spódnica była kilka centymetrów krótsza, odsłoniłaby bieliznę albo jej dotkliwy brak, bo nogi ma szeroko rozstawione, na tyle na ile pozwala szerokość materiału. Powracam do twarzy i dociera do mnie, że nie jest stara, a tylko przedwcześnie zniszczona. Życiem? Seksem? Używkami? W końcu napotykam jej wzrok. Jest wyzywający jak cała jej sylwetka. I pogardliwy, nie wiem - wobec mnie czy rzeczywistości. Ale przede wszystkim jest okrutnie smutny.

***

Stoję w korku. Przez szybę dostrzegam spieszącą się, elegancką kobietę. Wszystko jest w niej spójne. Od delikatnych, nieprzystających do pogody, ale pasujących do niej butów, po miękko układający się szal, otulający łagodnie jej szyję. W ręce skrytej w wełnianej rękawiczce ściska skórzaną torebkę, na pierwszy rzut oka odpowiednio drogą. Powinna siedzieć w ciepłym wnętrzu samochodu, a nie drobić kroki na nierównym chodniku. Ale nie w tym tkwi dysonans. Na głowie ma ni to czapkę, ni to kapelusz o dziwnym, średniowiecznym kroju, pozbawionym ronda. Taką, jaką mógłby jej domalować Brueghel, gdyby miłosiernie chciał oszczędzić jej jakichś widoków. (Czy to nie dziwne, że znów powraca porównanie z malarstwem? Rzeczywistość jako odbicie sztuki, nie odwrotnie.. Schiele, Brueghel.. kształty zapamiętane, a jednocześnie zapomniane, które powracają odbite w codzienności..) Bo - no właśnie - czapka wygląda jakby była zbyt duża, opada jej nisko na oczy, przysłania twarz. Zakrywa, wywołując ciekawość. To zostaje mi w pamięci. Twarz, której nie widziałam.

***

Siedzę przy stoliku w Hipnozie, czekając na Ł., kiedy wchodzi, a właściwie wkracza do środka. Nie sama, w towarzystwie trzech innych osób. Żywa, monumentalna definicja baroku, nie kobieta. Niezbyt wysoka, o obfitych kształtach, złoty szal podnosi się i opada na jej piersiach w hipnotyzującym rytmie przyśpieszonego oddechu. Tleniony blond włosów odcina się ostro od czarnego futerka, wrażenia nie łagodzą nawet miękko poskręcane loki. Dalej jest to, co być musi: złota biżuteria, czerwona szminka, obcisła czarna sukienka. I szpilki o niebotycznym, cieniutkim obcasie. Szpilki założone wprost na gołe stopy, jakby na dworze temperatura wcale nie oscylowała wokół zera. Nie potrafię oderwać od niej spojrzenia, zachwyconego, bo cały ten blichtr, kapiące złoto, ostentacyjne wabiki nie zdołały zakryć jednego: prawdziwej kobiecości, która jest niezaprzeczalna. Kobiecości, która uparcie walczy z nieubłaganym biegiem czasu, bo przecież nie jest młoda, na oko ma pięćdziesiąt lat, chociaż założyłabym się, że patrząc w lustro widzi dwudziestolatkę. Jest jak sycylijska matrona i może dlatego cieplej mi się robi od tego podglądactwa, które ostatnio z niezrozumiałym uporem i fascynacją uprawiam.

Nie wiem dlaczego te, a nie inne kobiety. Nie wiem dlaczego ich sylwetki zapadają w moją pamięć i nie pozwalają się uwolnić. Próbuję zrozumieć, co się za nimi kryje. Co je łączy. Co dzieli. Ale może nie trzeba, wcale. Nie wiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz