piątek, 5 października 2012

W podróży

Weekend w Warszawie.

To wciąż odległe dla mnie miasto, tak samo obce jak Wiedeń czy Budapeszt. Chociaż nie – paradoksalnie chyba nawet bardziej. Mentalnie bliżej mi do Wiednia, sercem – do Budapesztu, gdybym zaś mogła wybierać, gdzie pojadę na imprezę, byłaby to pewnie Praga. Ale jednocześnie, w Warszawie – z przymusu geograficzno-narodowego chociażby – nie potrafię się poczuć jak turystka. Jestem u siebie, a jednak czuję się obco.

Porównuję, nie umiem inaczej. Wrośnięta w miasto, tylko miastami potrafię odmierzać rzeczywistość. Tylko one tak naprawdę istnieją na moich prywatnych mapach. Tylko w miastach potrafię oddychać, tylko w nich naprawdę żyć.

To, co niewątpliwie uderza mnie w Warszawie od pierwszej chwili, to jej żywotność. Z miejsca zapominam o znacznie cichszych i – jak mi się z tej perspektywy wydaje – filigranowych Katowicach. Tu wszystko jest głośne, rozległe, wielkomiejskie. Nie wiem, czy to dobrze, nie oceniam, nie diagnozuję – wyłącznie patrzę. Doceniam tą żywotność miasta, która sprawia wrażenie młodego, choć to nieprawda, przecież wiem. A może jest młode, bo pompuje w siebie ciągle świeżą krew, ot, taka nieustanna transfuzja nowych mieszkańców przyciąganych widmem – no właśnie, czego? Co ich tu sprowadza? Na co mają nadzieję? Czego szukają? Nie wiem. We mnie magnes nie działa.

I nie – wiem, że nie w tym rzecz, nie w młodości. Gdybym miała szukać analogii, to Warszawa byłaby mniejszą, młodszą siostrą Wiednia. Nie tak piękną, nie tak uporządkowaną, nie mogącą równie mocno zawrócić w głowie – ale jednak, jakoś odlegle podobną. Najbardziej chyba w swej przestrzenności. Tylko po co komu takie analogie…? Warszawa to Warszawa. Nie najpiękniejsza i nie najbrzydsza. Kropka.

A nazajutrz wszystko się zmienia – P.  pokazuje mi Warszawę inną. Chociaż wcale nie potrzebuje do tego zabierać mnie gdziekolwiek. Słowami pokazuje. Jego Warszawa, skryta pod korporacyjno-lanserskim blichtrem, jest Przeszłością. Wyrasta z jego głowy, nad kawiarnianym stolikiem, prawdziwsza i żywsza niż ta za oknami. Ta Warszawa jest jego od pokoleń, to miasto zakorzenionych, przywiązanych – dlatego inaczej pachnie, inaczej smakuje. Ma swoje rany, swoje wspomnienia, swój rytm. Tej Warszawy nie zrozumiem przez żadną analogię.

I mimo że nie objawia mi się ta wyjątkowość, o której mówi P., krew i kości bohaterów pod stopami – może ze zwykłej śląskiej przekory, a może z powodu innych miast, które mną dawno zawładnęły – to jednak spoglądam naraz inaczej. I gdzieś tam, między Ogrodem Saskim a Krakowskim Przedmieściem, myślę nawet przez chwilę, że jest naprawdę piękna. Ale milczę o tym, a potem myśl znika – równie niespodziewanie jak się pojawiła.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz