czwartek, 9 sierpnia 2012

Nad morzem #2


W Gdańsku już nie jestem turystką. Wracam do niego, bo lubię to miasto, jego klimat, ale już nie przyglądam mu się z zachłanną ciekawością. To nie znaczy, że nie jestem w stanie niczym się zachwycić, ale już inaczej je odbieram.

Katedra w Oliwie.
Zastanawia mnie, dlaczego jest taka martwa, przypomina rozkładające się truchło (co ciekawe, podobne wrażenie miewam zawsze w gdańskim kościele mariackim). Nie jest ani stricte zabytkiem, ani zwykłą katolicką świątynią. Tym pierwszym dlatego, że – inaczej niż w wielu zabytkowych kościołach zachodniej Europy, które otaczane atencją są już jedynie jako zabytki – wciąż unosi się tu nikły zapach modlitw, którym żywi się sacrum. Ale to za mało. Ludzie – w znakomitej większości – nie przychodzą tu, by się modlić, ale by zwiedzać. Zamieniają Boga na błyszczącego starym złotem bożka sztuki. A mury kościoła potrzebują dymu kadzidła i zapachu modlitw.

Patrzę na białe (czy właściwie pożółkłe już) ściany, obwieszone obrazami w ciężkich ramach i barokowymi ołtarzykami – i widzę jedynie udekorowane precjozami martwe ciało, w kamiennej trumnie.

Przymykam na chwilę oczy. Zaczyna się koncert organowy. Szumna nazwa zaspokajająca potrzeby turystów. Nikt nawet nie fatyguje się, by zapowiedzieć, jakie, czyje utwory zostaną wykonane. Bynajmniej nie dlatego, że są wszystkim znane: nie ma się co łudzić.

Nie. Ludzie siedzą, słuchają, ale widać, że większość już po kilku minutach się nudzi. Ale wytrzymają do końca – nawet nie z powodu zamkniętych drzwi – wytrzymają z poczuciem, że dotknęli kultury.

Zabieram im swoją ciekawość. Nawa główna przysłonięta jest rusztowaniem. Na nim człowiek – zupełnie pochłonięty swoją pracą, jakby nieświadomy obecności jakichkolwiek ludzi w kościele. Konserwator zabytków. Co robi w tej chwili – nie wiem. Po pierwsze dlatego, że dzieli nas zbyt duża odległość, a po wtóre – nie znam się na tym, po prostu.

Ale myślę o jego dziwnym zawodzie, a może raczej powołaniu? O byciu trochę artystą, trochę historykiem, trochę medykiem. O tej trosce, która każe mu zginać kark i pochylać się z cierpliwością i pietyzmem nad tym, co stworzyła cudza ręka setki lat temu. O tej skromności, która sprawia, że stawia się w cieniu czyjegoś dzieła, choć przecież ze świadomością, że to właśnie jego praca przywróciła mu blask świetności.

O miłości do tego, co trwalsze od człowieka, a jednocześnie skazane na zniszczenie od chwili powstania. 

I myślę sobie, że ten pogrążony w swej mrówczej pracy człowiek jest jednak artystą, jest nim bardziej niż być może sam byłby skłonny przyznać. Jest artystą, bo patrząc, widzi ukryte piękno. Bo pochyla się na tym, co kruche, a co najlepiej świadczy o człowieku. Bo wydobywa tak urok, jak i brzydotę, nie przekłamując rzeczywistości. A jednocześnie odciska na swojej pracy indywidualne piętno, które sprawia, że to, co (od)tworzy, jest niepowtarzalne.

I naraz koniec. Dwadzieścia minut minęło niepostrzeżenie, wybrzmiewa ostatnia nuta. Ludzie zrywają się z miejsc, jeszcze klaszczą z roztargnieniem, ale myślami są już gdzie indziej. Złości mnie ten nagły chaos, który wyrywa mnie z zamyślenia. Więc siedzę, nieruchomo. Siedzę i czekam, aż wysypią się stąd bezładnie, pozostawiając po sobie tylko ciszę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz