niedziela, 27 maja 2012

Inspiracje nad biurkiem.

Jakiś czas temu powiesiłam sobie nad biurkiem reprodukcję „Walki karnawału z postem” Bruegla. Niewielką, w ramce formatu a4 – gdzież jej rozmiarami do oryginału. Pozwala mi jednak skupić wzrok, gdy odrywam się od nauki czy pracy.

I myślę o tym, że cicho i niezauważenie – Bruegel stał się dla mnie bardzo ważnym artystą. A także jednym z niewielu malarzy, których twórczość nie tylko podziwiam, ale i przeżywam.

„Walka…” nie jest tu wyjątkiem. A przy tym – przynosi dobre wspomnienia. Przynosi zachwyt nad oryginałem w Kunsthistorische Museum w Wiedniu, a więc tym samym zapach lata, odpoczynku, wakacji. Urok samotnego podróżowania. Oswajania obcości. Przyjemne zagubienie. No i ciągle żywe oszołomienie, wywołane ogromną salą wypełnioną obrazami Bruegla.

W Kunsthistorische tuż obok „Walki…” wiszą misterne „Zabawy dziecięce”, dalej „Wieża Babel” – odcinająca się wyraźnie odmiennością barw, monumentalnością, a przy tym niespotykaną lekkością. Wreszcie koronna „Droga krzyżowa”, na którą od obejrzenia „Młynu i krzyża” patrzę już zupełnie inaczej. Stała się dla mnie historią, przestała być obrazem. Jest dynamiczna.

Dlaczego zatem akurat „Walka karnawału z postem”? I dlaczego to przy niej spędziłam w KHM najwięcej czasu?

Chyba dlatego, że dotyka sedna i sensu bycia człowiekiem. A więc bycia w ciągłym rozdarciu, rozdwojeniu, gdzieś pośrodku. W najprostszych, codziennych wyborach, w rozważaniu niekończących się za i przeciw, podejmowaniu decyzji, z których tak naprawdę składa się życie, w ciągłym balansowaniu na granicy.  
Pokazuje, że człowieczeństwo zawiera w sobie to, co zwierzęce, ale także i to, co boskie. I zawsze będą istnieć siły ciągnące nas w obie, przeciwstawne strony.
Przypomina, że po czasie karnawału musi nastąpić post. Być może rytuały nieco straciły dziś na znaczeniu, ale święta wciąż pozostają wyznacznikiem pewnej cykliczności, a jednocześnie odejścia od codzienności.
Pisze o tym Bataille w swojej „Historii erotyzmu” – o sensie święta wywracającego porządek rzeczy. O karnawale, o okresie, który następuje po śmierci króla – a który jest stanem rozszalałej zwierzęcości. Święto jest zatem nie tylko zaprzestaniem pracy i szaleńczą konsumpcją jej wytworów – jest też rozmyślnym gwałceniem ustanowionych praw. Ale to tylko pozorny powrót do zwierzęcości. Sens święta – tłumaczy Bataille – jest odwrotny – wybryki uświęcają i dopełniają porządek rzeczy, bo przeciwstawiają mu się jedynie czasowo. Zbrukanie stanowi umocnienie fundamentu sacrum.

Dziś można by szukać tych momentów w innych punktach, ale one nadal istnieją. Dotykamy granic po to, by zawrócić. Negujemy rzeczywistość, zawieszamy zasady – ale tylko na chwilę. 

Zawierają się w nas jednocześnie wszystkie brueglowskie postaci: jest pełen pokory i uniżenia asceta i zatracony w zabawie hulaka, jest żebrak, proszący o pieniądze, dobre słowo, litość, współczucie? – i ów pochylający się nad nim z troską człowiek. Są przebierańcy, skryci za niezliczoną ilością masek, schowani pod nieprawdziwymi kostiumami.  

Ale – jak to zwykle u Bruegla – to, co najważniejsze, jest niepozorne. Chociaż na samym środku obrazu. Jaśniejszy punkt: para przechodniów. O tym także myślę, patrząc na obraz: jestem, tylko na chwilę, mijam, jak u Greków – każdego dnia bliżej śmierci, bo każdy miniony dzień oddaję śmierci, i co? I nic. Co po mnie zostanie? Niewiele, prawie nic.

Ale nie w tym rzecz. To, co być może ważniejsze, to że ci przechodnie – choć szarzy i niewyróżniający się z tłumu - mają nad tłumem wielką przewagę.
Patrzą.
Dostrzegają coś więcej niż samych siebie.
Dostrzegają świat dookoła.
I idą.
Nie stoją w miejscu.
Nie pogrążają się w bezczynności.
Są tylko na chwilę – ale są naprawdę.     



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz