sobota, 31 marca 2012

Z podróżnego moleskine'a: Budapeszt, część 1.

Znów życie, którego nie ma... A może wprost przeciwnie - może to właśnie jest moje prawdziwe życie, a reszta jest czekaniem na nie? Bo przecież podróżowanie jest tak odmienne od wszystkiego, co poza nim...

Zaczęłam oczywiście u Máraiego. Pierwszy spacer i od razu nogi poniosły mnie na Mikó utca, gdzie tak naprawdę nic nie ma.. Na tej stromo pnącej się w górę ulicy obecność Máraiego można sobie tylko wyśnić, wymarzyć. Chłodna tablica na kamienicy w tym nie pomoże. Przecież to już nawet nie "ta" kamienica. Pozostaje usiąść na pojedynczej ławeczce, na wprost popiersia Máraiego i po prostu pomilczeć, razem z nim. A potem iść dalej, Budą czy Pesztem - nieważne...

Budapeszt zagarnął mnie z miejsca. I od razu stał się bliski. Z drugiej strony - o żadnym innym miejscu chyba tyle wcześniej nie czytałam. Literacko, nie naukowo, nie historycznie.

Obawiałam się bariery związanej z językiem - i to prawda, że jest. Nie rozumiałam nic a nic. Domyślałam się niewiele, albo prawie nic. Ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Do niczego nie było mi to potrzebne. Natomiast rytm języka, intonacja, sposób w jaki płynie - wydaje mi się bardzo zbliżony do polskiego..

Węgrzy są spokojni. Smutno pogodni. Jest w nich jakaś potężna afirmacja życia, jakby wiedzieli więcej niż inni. Dlatego właśnie ten smutek nie jest rozpaczliwy. I być może dlatego nigdzie się nie śpieszą. Wprost przeciwnie - w żadnym innym miejscu nie widziałam tylu zapełnionych ludźmi ławek.

W Centrál Kávéház miałam wrażenie, że to jeszcze się potęguje. Leniwy spokój, przyciszone rozmowy, elegancko ubrani ludzie. Każdy nerwowy ruch byłby naruszeniem ustalonego porządku. Aż trudno uwierzyć w to życie, które toczy się równolegle, za szybą kawiarni, na zalanej słońcem Károlyi Mihály utca. Bardziej skłonna byłam uwierzyć, że za chwilę przez ciężkie, przeszklone drzwi wejdzie do środka Márai, uśmiechając się smutno i pozdrawiając od drzwi kelnera.

Zresztą - ów mężczyzna, który pojawił się wtedy, gdy piłam swojego Kapucínera, przy ostatnim stoliku pod oknem, przyniósł ze sobą powiew przeszłości. A jego wyraz twarzy i sposób w jaki się do mnie uśmiechnął powiedziały mi wymownie, że śmiałam zająć jego miejsce. Patrzyłam na niego z ciekawością: garnitur z idealnie dobraną koszulą, siwe włosy, wiek dalece nieokreślony. Wszedł i z miejsca wypełnił sobą całą przestrzeń. Kelner uwijał się wokół jego stolika ze zdwojoną energią. Zanim się spotrzegłam, imitujący marmur blat stolika zgninął pod śnieżnobiałym obrusem, na którym pojawił się stosik gazet, nakrycie, koszyk z dwoma rodzajami chleba. Negocjacje dotyczące menu trwały dość długo. Strasznie żałowałam, że nie rozumiałam, co mówią do siebie ci dwaj mężczyźni...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz