sobota, 20 sierpnia 2011

Wspomnienie z podróży.

(Zapisane w moim ulubionym czarnym moleskinie, pośród labiryntu gdańskich uliczek.)

Znów jestem w Bazylice Mariackiej w Gdańsku. Powracam do tego kościoła z niezrozumiałych dla mnie powodów, mimo tego, że jest miejscem dziwnym, że mnie złości, że wywołuje niechęć. Ale próbuję, ciągle próbuję w nim szukać śladów dawnych czasów, zasłuchać się tak, by usłyszeć rytm dawnej świetności, poczuć odrobinę sacrum.

Stawiam niepewnie kroki i mam wrażenie jakbym poruszała się po zgliszczach, i wiem, że w pewnym sensie tak jest. Odbudowane mury nie niosą w sobie ciężaru historii, są martwe, nieprawdziwe jak teatralna dekoracja: nie od nich odbijały się szepty modlitw przez setki lat. Ściany rażą szpitalną bielą, rozrzucone po wnętrzu rzeźby, malowidła są jak błyskotki na uschniętym drzewku bożonarodzeniowym. Dotkliwa pustka, której nic już nie może zapełnić.

Szukam sacrum.. ale sacrum zniknęło dawno temu, uleciało w powietrze, jak dym z kadzidła, próżny mój trud. Siadam więc w ławce, w bocznej nawie i przypatruję się ludziom. Nie rozumiem ich bardziej nawet niż tego miejsca. Patrzę z rosnącą niechęcią: wędrują po tym truchle z aparacikami przyrośniętymi do dłoni, raczej rozebrani niż ubrani, bo przecież mamy polskie tropikalne upały, rozmawiają między sobą, nie szeptem, nawet nie półgłosem, przecież to nie muzeum ani teatr. Przymykam oczy i drażni mnie ten gwar, szuranie stóp o posadzkę, dzwoniący telefon gdzieś po przeciwnej stronie kościoła: narasta we mnie bunt, jakiś niemy krzyk.. I nagle robi mi się po prostu żal tych ludzi wokół, tego jak się prześlizgują niewidzącymi oczami po tym wnętrzu, próbując zobaczyć wszystko jednocześnie, zagarnąć dla siebie jak najwięcej : za parę dni zapomną, zostaną im tylko te zdjęcia, pstrykane kompulsywnie, do których pewnie nawet nie zajrzą.  

I kiedy zmierzam, smutna i zrezygnowana, ku wyjściu, dostrzegam przy jednym z bocznych ołtarzy siedzącą staruszkę. Nikt poza mną jej nie zauważa, jakby jej tam w ogóle nie było. Odziana w burą spódnicę i bluzkę, przylepiona do ściany niczym kolejny element wystroju, zaciska krótkie, naznaczone piętnem pracy i czasu palce na drewnianych paciorkach różańca. Spoglądam na jej twarz – nie muszę tego robić ukradkiem, kobieta nie dostrzega ani mnie, ani niczego innego dookoła. Spod przewiązanej na głowie chustki wysuwają się cienkie pasma posiwiałych włosów. Wzrok, utkwiony w obrazie gdzieś ponad moją głową, jest nieobecny, jej oczy spłowiałe i szkliste – nie wiem, czy od łez czy ze starości. Spierzchnięte usta poruszają się miarowo w bezgłośnej modlitwie, wprawiając w ruch siatkę bruzd na jej smutnej, zniszczonej twarzy.

Znalazłam swoje sacrum.



1 komentarz:

  1. Byłem świadkiem czegoś podobnego wczoraj, kiedy byłem przy figurze Chrystusa Króla w Świebodzinie. Na mnie wywarła ona niesamowite wrażenie, chociaż gdy oglądałem zdjęcia i czytałem opisy wydawała mi się raczej groteskowa, chociaż jestem wierzącym katolikiem.

    Figura większa niż ta w Rio de Janeiro obejmująca "miasto" wielkości mojej rodzinnej Czerwionki... Z tarasu widokowego u stóp figury widać je było całe. Dwa kościoły, blokowisko, 3 supermarkety i tyle. Dokładnie jak Czerwionka.

    I większość ludzi była raczej zwiedzającymi. Przyjechali do tej figury, jak do atrakcji turystycznej i tak ją traktowali. Ja z resztą też tam przyjechałem właśnie w takim kontekście.

    Ale po dokładnym przypatrzeniu dało się zobaczyć, że wcale nie dla wszystkich jest to tylko ciekawostka i atrakcja. Sacrum jest tam też obecne, a zobaczyłem je w twarzach, nie uwierzysz, ubranych w skóry i ćwieki motocyklistów, którzy zatrzymali się przy figurze prawdopodobnie w drodze na zlot. Żeby nie było nie widziałem z nimi ich kapelana polowego (bo mają swojego i wiem jak on wygląda, bo już kilka razy widziałem ten zlot). Byli tam ewidentnie z własnej woli.

    W każdym razie jeśli ktoś chce się śmiać z figury Chrystusa Króla Wszechświata w Świebodzinie, to niech ją najpierw zobaczy na żywo, bo powinniśmy być z niej dumni jako polacy. Wyśmiewanie się z niej to zwykła polaczkowatość, czyli nasza skłonność do wyśmiewania i opluwania każdego, kto się wychyli przed szereg. A sami zamiast coś zrobić - wolimy pierdzieć w stołek i nabijać się z tych, którzy coś fajnego robią.

    Poza tym pomijając wymiar religijny ta figura jest świetną promocją regionu i miasta i gwarantuję, że Świebodzin za 10 lat dzięki tej figurze będzie dużo większy, ładniejszy i bogatszy niż Czerwionka. A mnie to cieszy. Bo sacrum nie umarło :)

    OdpowiedzUsuń