środa, 20 lipca 2011

Hel.

Siedzimy z K. w Maszoperii, helskiej knajpie. Właściwie przed nią. Deptakiem przelewa się tłum ludzi, zwykły wakacyjny nadmorski obrazek, korowód ubranych na wszelaką modłę zmęczonych turystów z aparatami w dłoniach, którzy muszą uwiecznić wszystko, żeby można się było pochwalić wakacjami po powrocie z urlopu. A pośród nich rozkrzyczane dzieci w każdym wieku.

Oczywiście, to nieprawda, to tylko pozorność, szczegóły tego obrazka są z pewnością o wiele ciekawsze. Ale ja dziś nie mam ochoty na wyławianie grudek złota z tego piasku. Nie interesuje mnie, co dzieje się na ulicy.

Siedzę przy wiklinowym stoliku, w kaszubskiej porcelanowej filiżance przede mną kawa, i patrzę na tabliczkę, informującą, że oto mam przed sobą chatę rybacką z 1830 roku.
I myślę, myślę o tych, którzy tą chatę wznieśli, niemal dwieście lat temu. O ich życiu, o ich losie. O kolejnych pokoleniach rybaków. O tym, że musieli być twardymi ludźmi, bo ich dusze hartowało morze. Myślę o mężczyznach, którzy każdego dnia podejmowali ryzyko, próbując wyrwać morzu cząstkę jego dóbr, by zapewnić rodzinie jeśli nie dobrobyt, to przynajmniej przetrwanie. Myślę o kobietach, których całe życie było czekaniem: samotnym wypatrywaniem powrotu męża, ojca, syna albo tym czającym się pod powłoką radości pełnym lęku oczekiwaniem na kolejne rozstanie. A w każdym z nich strach, że to właśnie rozstanie ostatnie. Że morze nie da się więcej ubłagać. Nie pomogą szeptane po kątach izby modlitwy. I nie pomoże gromnica stawiana w oknie: droga do domu zagubiona bezpowrotnie. Morze dało, morze zabrało.

Ile pokoleń dorastało w tych ścianach, ile razy życie gasło za tymi małymi, nieco krzywymi oknami, a ile razy dom rozbrzmiewał pierwszym krzykiem nowonarodzonego dziecka?
I dlaczego ten dom przestał domem być, czemu razem z kurzem wymieciono jego historię, dlaczego stał się tylko knajpą, w której ludzie zatrzymują się na krótką chwilę?

Myślę nad tym, jakich tajemnic świadkiem były te bielone, poprzecinane sczerniałymi belkami mury, jakie nadzieje tu gasły, ile łez wylano nocą, gdy księżyc zaglądał przez szyby, ten okrutny, zimny księżyc, który wisi nad morską tonią, ile miłości zszarzało w codzienności, ile rozstań bolesnych widziały te progi..
I nie interesuje mnie nic więcej: tylko ten świat ograniczony do czterech ścian, oderwany od polityki, od zmiennej przynależności terytorialnej, wojen, od świata w ogóle oderwany.

I przecież nie dowiem się żadnej prawdy o tym, zresztą: nie ma to znaczenia. Nie w tym rzecz. Nie o odpowiedzi chodzi tym razem, a o pytania, o zamyślenia.. O wszystko to, co dzieje się w mojej głowie.
A potem płacimy rachunek, wychodzimy i dajemy się porwać - giniemy w tej bezkształtnej, bezcelowo płynącej rzece ludzi..     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz