poniedziałek, 13 czerwca 2011

Lampart.

Giuseppe Tomasi di Lampedusa zostawił po sobie jedną tylko powieść: „Lamparta”, ale myślę, że niejeden płodny pisarz z bogatym dorobkiem literackim zamieniłby się z nim bez wahania. Jeżeli w ogóle są powieści obiektywnie wybitne, wyjątkowe, to „Lampart” do nich należy bez wątpienia. Lampedusie udało uchwycić się to, co zdaje się być nieuchwytne: powolne zamieranie świata, zmiany subtelne, dziejące się wewnątrz, pod powierzchnią przewrotów i rewolucji, i to uchwycić tak, że Czytelnik czuje żal, za tym światem, którego nie mógł poznać, a który jedynie przeczuwa, jeśli przyjmujemy istnienie pewnej pamięci zbiorowej. I nie udałoby się to z pewnością Lampedusie, gdyby sam – w innej, późniejszej rzeczywistości – tego nie doświadczał. Urodzony w 1896r. książę Lampedusy i diuk Palmy przeżył dwie wojny światowe, narodziny faszyzmu i komunizmu, sam odczuł skutki upadku tej zmienionej już arystokracji w Europie: jego świat fluktuował tak samo jak świat Fabrizia Saliny.

Czytanie „Lamparta” przypomina trochę wędrówkę po domu o licznych pokojach: każdy pełni inną funkcję, można w nich natknąć się na różnych ludzi, poznawać nieznane rzeczy, i choć każdy pokój jest częścią składową domu, to sam w sobie stanowi jakieś niezależne królestwo.

Więc wyruszam w tę podróż, otwieram na chybił trafił pierwsze drzwi. Okazuje się, że to drzwi do kaplicy: tak przedstawia nam Lampedusa ród Salina, w scenie popołudniowej modlitwy różańcowej, tak poznajemy Fabrizię Salinę, głowę rodu i głównego bohatera książki: na klęczkach. A jednak, nie mamy wątpliwości, co do jego potęgi, wielkości księcia i respektu, jaki budzi. I od pierwszych stron Czytelnik nie ma wątpliwości, że jest Salina prawdziwym mężczyzną, a to oznacza, że jest świadomy siebie, swoich zalet, mocnych stron, ale i swoich słabości, które ukrywa, lub do których się przyznaje, zależnie od tego, co w danym momencie świadczyć będzie o jego sile. Jest inteligentny, pochłonięty pasją, jaką stanowi dla niego astronomia, doskonałe wychowanie, jakie odebrał pozwala mu zdobywać szacunek mężczyzn i zachwyt kobiet. I choć jest Salina symbolem, bo tak należy odczytywać jego postać, to nie traci nic ze swego człowieczeństwa.

Najciekawsze rzeczy dzieją się oczywiście w gabinecie księcia. Oś książki stanowią wydarzenia polityczne: większość przypada na lata 1860-62, czyli czas walk o wyzwolenie i zjednoczenie Włoch, czas intensywnej aktywności Garibaldiego i jego zwolenników. Jest to moment, w którym znany porządek rzeczy ustępuje miejsca nowemu. Fabrizio Salina jest ostatnim prawdziwym arystokratą w rodzinie, on jeden przechowuje w sobie jeszcze pamięć rodu: najcenniejsze, co posiada człowiek osadzony w Historii. W obliczu tych zmian, nie może on pozostać obojętny: musi podjąć decyzję, jakie stanowisko zająć.

Nie sposób nie patrzeć na niego z fascynacją: Salina jest arystokratą z krwi i kości, co nie ma nic wspólnego z posiadanym majątkiem czy pozycją aktualnie zajmowaną w społeczeństwie. Jest arystokratą, a więc człowiekiem „słusznie dumnym” jak określił to w Etyce nikomachejskiej Arystoteles, żaden jego czyn nie jest pozbawiony celowości, patrzy szerzej, niż inni i rozumie więcej. Jest konserwatystą, świadomym, że oto świat, który był jego światem, musi odejść w Przeszłość. I jego sprzeciw nie może tego zatrzymać, to nieuniknione. Ale wie też, że nie mogąc zmienić sytuacji, może zadbać o to, by sam jak najlepiej zachował się w tej sytuacji. I tak też czyni. Pozostaje sobą, rezygnuje z poddania się przemianom, jednocześnie wspierając innych, którzy potrafią się w nich odnaleźć: swego siostrzeńca i don Calogera.

Ciekawych wniosków dostarczyć nam mogą wszelkie konfrontacje Saliny z jego siostrzeńcem, Tancredim. Dzieli ich jedno pokolenie, jednocześnie będące dystansem nie do przekroczenia. Ale, co zachwycające, ich spotkania zdają się promieniować wzajemną fascynacją, tym zachwytem, który nie pozwala zmienić zdania, ale pozwala szanować odmienność poglądów drugiej strony. W tym wypadku to szalony taniec starego i nowego porządku. Ale Salina wie więcej, niż przeczuwa Tancredi. Mimo, że wspiera starania siostrzeńca o rękę Angeliki wie, że korzystne małżeństwo, pieniądze, nie zapewnią splendoru, nie uratują arystokratycznego ducha, że Tancredi jest przedstawicielem innej, odrębnej rzeczywistości, w której pałace staną się na powrót budowlami, wychowanie pustym obyczajem, posiadanie koni przejawem bogactwa, rodowe herby ucieczką przed zagubieniem w nowym świecie, a przeszłość zbędnym balastem, który nie może być dłużej noszony wewnątrz siebie. 

Ale jeżeli zmęczyły nas te smutne prawdy, jakich Lampedusa nam nie szczędzi i chcemy na chwilę zanurzyć się w czymś znajomym, zobaczyć coś, co nie poddaje się upływającemu czasowi, wystarczy zajrzeć do jadalni, podczas kolacji: namiętność ludzka jest taka sama w każdej epoce, choć inne ramy nadaje jej kultura, obyczaje i tradycja. Tak samo jak umiłowanie dobrej kuchni, szczególnie we Włoszech.

„Tancredi, próbując połączyć galanterię z łakomstwem, za każdym aromatycznym kęsem, który podnosił do ust, usiłował wyobrazić sobie smak pocałunków Angeliki, swojej sąsiadki, ale szybko przyszedł do przekonania, że ten eksperyment jest w złym guście i zaniechał go, rezerwując sobie powrót do tych marzeń przy deserze. Książę, choć pochłonięty obserwacją Angeliki, która siedziała naprzeciw niego, zdążył jednak zauważyć, że krem do lodów nie był dostatecznie ubity, i postanowił powiedzieć to nazajutrz kucharzowi; inni jedli nie myśląc o niczym i nie wiedzieli, że potrawy smakują im tak dlatego, iż do domu wkradła się zmysłowa atmosfera.”

Nie sposób nie uśmiechnąć się, czytając o lekkim przerażeniu sycylijczyków awangardą podawania na niektórych arystokratycznych stołach zupy, zamiast makaronu. Minęło sto pięćdziesiąt lat: na południu Włoch nadal króluje pasta, a zupy stanowią wymysł turystów i europejskich kucharzyków (przy założeniu, że Europa zaczyna się na północ od Rzymu). Są więc rzeczy, których żadna rewolucja nie jest w stanie zmienić. Tyle, że są to zawsze nieodmiennie rzeczy błahe.

Ale obserwacje możemy czynić, także przemieszczając się między komnatami: podglądając codzienność mieszkańców domu. Lampedusa odmalowuje precyzyjnie, ale dobrotliwie ich przywary i śmieszności, dotyka prawd ogólnoludzkich, z chirurgiczną precyzją odsłania skrywaną pod skórą ludzką i pulsującą ciągle przebiegłość, zazdrość, ból odrzucenia. Wyjście poza mury domu pozwala nam spojrzeć na dziewiętnastowieczną Sycylię, doświadczyć uroku ostatnich prawdziwych balów, zażyć przyjemności podróży na prowincję. Z niezrozumieniem, którego nie sposób pokonać, mimo usilnych starań, przyglądać się leniwej bezczynności i obojętności Sycylijczyków, którą książę Salina próbuje nam wyjaśnić:

„…my, Sycylijczycy, przywykliśmy od dawien dawna do hegemonii władców, którzy byli innego niż my wyznania, nie rozumieli naszego języka; przywykliśmy dzielić włos na cztery części. Gdybyśmy przyjęli inną postawę, nie byłoby dla nas ratunku wobec bizantyjskich poborców berberyjskich emirów, wicekrólów hiszpańskich. To musiało wyryć swoje piętno i tacy już jesteśmy. (…)
Na Sycylii nie ma znaczenia, czy robi się źle, czy dobrze: grzech, którego my, Sycylijczycy, nie wybaczamy nigdy, to po prostu to, że się w ogóle coś robi. Jesteśmy starzy, panie Chevalley, bardzo starzy. Co najmniej od dwudziestu pięciu wieków nosimy na barkach ciężar obcych nam cywilizacji. Wszystkie one pochodziły z zewnątrz, żadna nie była przez nas poczęta, żadnej nie daliśmy własnej nazwy; jesteśmy biali jak pan, jak królowa angielska, a jednak od dwóch tysięcy lat jesteśmy kolonią. Nie mówię tego po to, żeby się skarżyć, to nasza wina. Ale jesteśmy zmęczeni, wyczerpani.” 

Ostatnim pomieszczeniem na trasie naszej wędrówki jest metaforyczna sypialnia księcia, w godzinie jego śmierci.
 I jesteśmy świadkami wypełniania się przeznaczenia. Oto odchodzi książę Fabrizio Salina, odchodzi w milczeniu, z dostojeństwem i powagą, jakby ta godzina śmierci była ostateczną próbą jego bycia arystokratą. Próbą, którą przechodzi z lekkością człowieka gotowego na śmierć, pogodzonego z nią od dawna.

„To, co się w nim teraz działo, nie było żadną nowością. Od lat odczuwał, że ten fluid witalny, ta zdolność istnienia, słowem: życie, a może też pragnienie życia, uciekało z niego powoli, lecz nieustannie, jak ziarnka piasku, które leniwie, lecz bez chwili przerwy osypują się i wylatują jedno po drugim przez mikroskopijny otwór w klepsydrze.”

I nie wiem, czy to bardziej cecha arystokraty, czy prawdziwego mężczyzny, którym Salina niewątpliwie był, ta gotowość, by stanąć w dowolnej chwili oko w oko ze śmiercią, która „przysunęła twarz do jego twarzy, podniosła woalkę, i gdy ujrzał ją tak wstydliwą, a zarazem gotową na wszystko, wydała mu się jeszcze piękniejsza niż dawniej, gdy widywał ją w gwieździstych przestworzach.” 

Ale bardziej przejmująca jest świadomość, że wraz z księciem umiera także świat, w którym przyszło mu żyć, jego potomkowie tak naprawdę nie przechowują już w sobie tej samej świadomości i tożsamości, którą miał Salina. I wydaje się, że jest to proces normalny, warunek konieczny rozwoju społeczeństw, rozwoju cywilizacji. Z drugiej strony, czasem można odnieść wrażenie, że to tylko zmienione opakowanie, w którym wewnętrzne struktury są dokładnie takie same. Mandala starta i na powrót usypana. To mylne. Świat zmienia się nieustannie, i to jest prawda uniwersalna. Prawda, z której Lampedusa stworzył tak wspaniałą powieść. Prawda, której przebłyski możemy znaleźć wszędzie, jeżeli tylko patrzymy uważnie. Prawda, która na ułamek chwili przemienia wyrzucane przez okno sypialni wypchane truchło Bendica w tańczącego w powietrzu lamparta.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz