piątek, 27 maja 2011

Hotel.

Idę przez miasto szybkim krokiem. Spóźniona, oczywiście. A raczej: na pewno ostatecznie się spóźnię. Nie lubię poranków, gdy nie udaje mi się wstać dostatecznie wcześnie, by mieć choć parę minut na śniadanie, zjedzone w spokoju, z książką i kubkiem kawy. Ale dzisiaj niestety mi się to przytrafiło, obudziłam się za późno, więc teraz muszę się śpieszyć, przemykam ulicami z papierowym kubkiem kawy w dłoni.

Miasto budzi się powoli z uśpienia, już jakiś czas temu zniknęli ostatni nocni imprezowicze, a ostre światło porannego słońca wdarło się między kamienice, odsłaniając wszystkie niedoskonałości: śmieci walające się po ulicy, popękane płyty chodnikowe, przykurzone witryny sklepów. Ludzie zmierzają w różnych kierunkach, mijają się nieuważnie, balansuję między nimi, stąpając po niewidzialnej linie, rozpiętej centymetry nad płytkami chodnikowymi. Obcasy stukają miarowo, lubię ten dźwięk i siebie na obcasach lubię, bo czuję się wtedy bardziej kobieca, bo wymuszają ten specyficzny krok, który wprawia biodra w lekkie kołysanie.
Hałas wokół mnie narasta, ulice wypełniają się szczelnie samochodami.

Jednostajny, pulsujący rytm codzienności przerywają cudowne dźwięki Nouvelle Vague. Mój telefon. Przystaję na chodniku, by podjąć heroiczną próbę odnalezienia go w przepastnym wnętrzu mojej torebki. Kawa trzymana w jednej ręce znacznie utrudnia zadanie. W końcu mi się to udaje - nie oparzyłam się w międzyczasie, nie wylałam kawy na swój płaszczyk: sukces. Zerkam na wyświetlacz: K. Jeżeli dzwoni o tej porze, pewnie stało się coś ważnego. Subiektywnie ważnego. Odbieram, starając się włożyć w „cześć” jak najwięcej ciepła, mimo rodzącej się pod skórą złości: z powodu pewnego już spóźnienia, przeszkadzającego mi kubka kawy, tego ersatzu porannej przyjemności i bliżej nieokreślonej pewności, że to nie będzie dobry dzień.  Zrezygnowana, staram się skupić na tym, o czym zaczyna mówić K., jednocześnie schodząc z drogi ludziom.  Uwięziona między telefonem i kawą, nie chcąc ryzykować zderzenia, potknięcia, czy innych przykrych niespodzianek, co do których jestem przekonana, że mogłyby wystąpić, przystaję w miejscu, w pobliżu wejścia do budynku.

Pogrążona w rozmowie z K., dopiero po chwili orientuję się, że zatrzymałam się przy hotelu. Kieruję swoje spojrzenie za szybę. Przez ogromne, rozciągające się na całą wysokość piętra okno widzę wnętrze hotelowego baru. Zbliża się ósma, pora śniadania. Przesuwam wzrokiem po ludziach siedzących przy stolikach. Tuż obok baru, przy niskim, okrągłym stole, w fotelu siedzi starszy mężczyzna. Nie widzę go dokładnie, bo odgradza się od świata szarym murem gazety. Wydaje się być pochłonięty bez reszty tym, co akurat czyta: jego ręka przez dłuższą chwilę nie sięga po stojącą obok filiżankę z kawą. Znudzona oczekiwaniem jakiegokolwiek ruchu z jego strony, opuszczenia gazety na kolana, bym mogła mu się przyjrzeć, podążam wzrokiem dalej.

Przy wysokim blacie, obok przejścia do drugiej sali siedzą trzy kobiety. Są w zbliżonym do siebie, za to zupełnie nieokreślonym wieku. Z pewnością młodość mają już za sobą, nic więcej nie jestem w stanie powiedzieć. Równie dobrze mogą mieć pięćdziesiąt jak i siedemdziesiąt lat. Przyglądam się ich twarzom: są nijakie, żaden szczegół w ich obliczach nie przykuwa wzroku, jakby się dobrały nie tylko pod względem wieku, ale i tej nijakości właśnie. Staranny makijaż, pasujący do ubioru i pory dnia, zdradza ich klasę i dobry smak.

Niemal czuję przez szybę leniwy zapach poranka, rozchodzący się po sali.  Jakby w hotelu życie toczyło się innym rytmem niż tutaj, gdzie stoję. Widzę pył, obsypujący rzęsy biznesmena siedzącego w rogu sali, sprawiający, że jego oczy przymykają się niespiesznie, gdy sączy swoje espresso. Ten sam pył pokrywa dłonie tamtych trzech kobiet, sprawiając, że ich ruchy są wolniejsze. Taka atmosfera panuje zwykle w nadmorskich restauracjach, nie wiedziałam, że zdarza się także w wielkomiejskich hotelach. Jakby pośpiech był czymś zakazanym, wpisanym w regulamin, koniecznie podtykany wszystkim gościom do podpisu w recepcji tuż po przyjeździe.

Skupiona na omiataniu wnętrza pomieszczenia, ominęłam wzrokiem parę siedzącą tuż przy oknie, przed moją twarzą. Tych dwoje ludzi odcina się wyraźnie od reszty, jakby mieli swój świat, wpisany jedynie w ten większy, który ich otacza. Nie dlatego, że, nie daj Boże, w przeciwieństwie do innych, zdradzają pośpiech. Nie: pośpiech ich również nie dotyczy, ale w jakiś inny sposób. Przypatruję się im intensywnie, jednocześnie trochę nieuważnie potakując do telefonu.

Siedząca po prawej stronie dziewczyna może mieć tyle lat co ja, pewnie jest studentką. A mężczyzna? Wydaje się starszy, jestem przekonana, że przekroczył już trzydziestkę, więc może coś przeoczyłam – wracam wzrokiem do dziewczyny. Niby mogłaby być bardzo dziewczęcą trzydziestolatką, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć, więc zakładam, że po prostu dzieli ich różnica kilku lat.
Patrzę w ich twarze, nie wiem, dlaczego tak bardzo mnie fascynują, ale nawet z tej odległości, nawet oddzielona szklaną taflą czuję jak gęste jest powietrze między nimi. Ich spojrzenia szukają się ciągle nad stolikiem, odrywają od siebie na chwilę i znów do siebie wracają.

Mężczyzna wydaje mi się nieostry, trochę nieobecny, jakby jakaś jego część przebywała gdzieś indziej. Jest w nim coś niezwykle pociągającego, choć nie potrafię określić, w czym się to zawiera, w wykroju ust, które miękko układają się, gdy opowiada coś siedzącej na wprost towarzyszce, w stanowczości, czającej się w jego spojrzeniu, czy w szerokich ramionach i dużych dłoniach, obiecujących, że można w nich bezpiecznie utonąć. Ma na sobie błękitną koszulę, z podwiniętymi do łokci rękawami, niedbale rozpiętą pod szyją: dwa guziki, dokładnie tyle, ile potrzeba, by obudzić pokusę sięgnięcia i rozpięcia kolejnych. Wracam spojrzeniem do jego twarzy i dostrzegam jego niewyspanie: zdradzają go odrobinę zbyt wolno opadające i otwierające się na powrót powieki. Ale jego ciepły uśmiech, jaki ciągle pojawia się na jego twarzy, gdy patrzy na kobietę zdradza, że przyjemne są powody jego niewyspania.

Zerkam na nią z równie dużą ciekawością. Nie dostrzegam zmęczenia i nie wiem, czy ukrył go niemal niezauważalny, ale dokładny makijaż, czy wygrała młodość i jej prawa. Ma na sobie dżinsy, czarny sweterek z krótkimi rękawami i buty na obcasie. Jest jakaś staranność w tym, jak wygląda, jakby dokładnie zaplanowała, że właśnie taką ma ją zobaczyć przy tym śniadaniu.
I nagle przychodzi mi na myśl, że ona tam nie pasuje, do tego wnętrza, do tego miejsca. I nie wiem, co tę myśl wywołało, bo przecież wygląda pięknie przy tym stoliku, widzę zerkających na nią ukradkiem mężczyzn, kiedy przechodzą obok niej. Przecież pasuje też do niego, do tego mężczyzny, z którym z pewnością spędziła minioną noc. Więc skąd ta myśl?  
Dziewczyna obejmuje obiema dłońmi filiżankę, zwracam na to uwagę, bo sama często tak robię, i wpatruje się uważnie w mężczyznę. Jest w tym wzroku i ciepło, i intymność, i zachłanność. Mam wrażenie, że nie dostrzegają niczego, co dzieje się wokół nich, że świat  jakiś czas temu przestał dla nich istnieć, dlatego mogę sobie pozwolić na to wdzieranie się w ich przestrzeń.
Zastanawiam się, co ich sprowadziło do tego hotelu, w środku Katowic. Znam milion romantyczniejszych miast niż Katowice. Więc praca? Nie wyglądają, jakby się gdzieś spieszyli. Zresztą nie sądzę, żeby pracowali razem. Zatem co?

Natarczywe: I co o tym myślisz? w telefonie uświadamia mi, że umknął mi cały monolog K. I z zażenowaniem zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam pojęcia, co jej odpowiedzieć, bo nie wiem, o czym mówiła. Rozdarta wewnętrznie, między chęcią wymamrotania jakichś banałów, że tak, że oczywiście, ma rację, a poczuciem konieczności przyznania się do własnej nieuważności, już otwieram usta, nie wiedząc jeszcze, co ostatecznie zrobię, gdy słyszę w słuchawce ostry dźwięk dzwonka. K. rzuca szybkie: Muszę kończyć!, i ku mojej wielkiej uldze, rozłącza się. Spycham dokuczliwe wyrzuty sumienia w niebyt, wsuwam telefon do torebki, wyrzucam pusty już kubek, uśmiechając się w myślach do tej pary, którą zostawiam za sobą, i ruszam dalej, przez miasto.

Spóźniona już na pewno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz