sobota, 30 kwietnia 2011

Firenze.


Zachwycić można się nawet przez szybę. To coś nieznośnie pomiędzy prawdziwym zobaczeniem, a oglądaniem jedynie w Internecie, na filmach, etc. W takich momentach budzi się mój bunt wobec wszelkich form zorganizowanych wyjazdów, które nie pozwalają mi powiedzieć: Przerwa, na godzinę, dwie, chcę wziąć torbę, iść na kawę, a potem zanurzyć się w uliczki tego miasta.

Mniej więcej to mną targało, gdy przejeżdżaliśmy przez centrum Florencji. Stałam nawet przez moment na placu Dworcowym i to było straszne – chęć pójścia gdziekolwiek, przed siebie i niemożność uczynienia tego, jednocześnie.

Więc jedyne, co zostaje mi z Firenze to pojedyncze obrazy, z okna autokaru.

Wszystkie te kamienice z obowiązkowymi okiennicami, najlepiej żółte kamienice z zielonymi okiennicami. Intensywna zieleń, w zupełnie innym odcieniu, rosnących wokół domów drzew.
Biała kamienica, stojąca na jednym z placów, wysoka, potężna.. na samym szczycie, dokładnie pośrodku dobudowany jeden pokój, z oknami wychodzącymi na plac. Wyobraziłam sobie urządzoną tam sypialnię.
Cmentarz w środku miasta, na niewielkim, usypanym jakby specjalnie pagórku, pełen krzyży, figur, kolumn z piaskowca, wszystkich w jednolitej barwie. I pomiędzy tym całe mnóstwo fioletowych kwiatów, kwitnących tak intensywnie, że jestem pewna, że ich zapach unosił się na wokół wszystkich nagrobków.
A przy wyjeździe z Florencji niewielka warowna budowla: dom zaledwie, ale otoczony solidnym, grubym murem. Wszystko obrośnięte winoroślą, stare, ale starością piękną, nie zrujnowane. Grubość murów stanowiła obietnicę chłodu wewnątrz, dlatego siedząc w rozgrzanym autokarze nie myślałam o niczym innym, tylko o odpoczynku tam. Jak wspaniale byłoby móc wejść na podwórze domu, porzucić bagaże, zanurzyć się w chłód budynku: zdjąć z siebie przepocone, przykurzone ubrania, wykąpać się, przebrać – koniecznie w jasne ubrania, bo tylko takie pasowałyby do tego wnętrza i zjeść posiłek, przy solidnym, drewnianym stole pośrodku dużego jasnego pomieszczenia. Z czerwonym winem, koniecznie. A w końcu: znaleźć sypialnię z ogromnym łóżkiem z jedwabną pościelą i zapaść się w poduszki i spać, spać, spać…

I został ten obraz w mojej głowie na długo po tym, jak Firenze została za nami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz